Sevilla

Jak pisał Byron, “Sevilla jest sympatycznym miastem słynącym z pomarańczy i kobiet”. To tutaj mieszkała Carmen, bohaterka opery Bizeta, cyrulik Figaro z opery Rossiniego i słynny playboy Don Juan.

Lot do Sevilli minął szybko i o 8.20 wylądowaliśmy w stolicy Andaluzji. Niestety, pogoda, którą zastaliśmy była mocno odbiegała od naszych wyobrażeń o hiszpańskiej wiośnie – gęste chmury i temperatura ok. 20 ºC. Było to co prawda i tak dużo lepiej niż deszcz i 10 ºC w Polsce, ale nie tego się spodziewaliśmy. Na szczęście pogoda szybko się polepszyła, koło południa wyszło słońce i zrobiło się ciepło, a potem upalnie.

Autobus z lotniska przywiózł nas prawie pod sam hotel Alcazar (c/ Menéndez y Pelayo 10). Hotel był bardzo przyzwoity, a co najważniejsze, świetnie położony – z dogodnym połączeniem z lotniskiem i kilka minut pieszo od największych atrakcji miasta.

Niestety, było jeszcze za wcześnie, więc nie mogliśmy się wprowadzić, ale bez problemu można było zostawić plecak i wyruszyć na zwiedzanie. Zaczęliśmy jednak od śniadania, w barze sąsiadującym z hotelem – typowe hiszpańskie churros, sok pomarańczowy i kawa.

Ogrody de los Reales Alcazáres

Potem rozpoczęliśmy zwiedzanie. Naprzeciwko hotelu, po drugiej stronie ulicy znajdują się ogrody de los Reales Alcazáres, które prowadzą do dzielnicy Santa Cruz i do największych atrakcji Sevilli – Alcazár i katedry. Ponieważ Giralda (wieża katedry) była chwilowo zamknięta, rozpoczęliśmy zwiedzanie od Alcazár. Słowo to pochodzi z arabskiego i oznacza pałac albo zamek. Ten w Sevilli był wybudowany w VIII w. przez Maurów, ale obecną formę nadał mu Pedro el Cruel de Castilla, który żył tutaj ze swoją panienką w XIV w. Pierwszy raz spotkałem się z mauretańską architekturą mudéjar, zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie. Byłem zachwycony detalami architektonicznymi i wspaniałymi ogrodami.

Po południu ruszyliśmy w dalsze zwiedzanie miasta. Najpierw zwiedziliśmy Plaza de España, który wybudowano w 1929 roku z okazji Targów Amerykańskich. Zrobił on na nas spore wrażenie, a potem poszliśmy wzdłuż rzeki Guadalquiir do Torre del Oro, która wrażenie robi zdecydowanie mniejsze, by nie powiedzieć, że rozczarowuje.

 

La Giralda
La Giralda

Wieczorem znowu pospacerowaliśmy nieco po uliczkach Santa Cruz i tam też zjedliśmy kolację. Za 2 gazpacho, sałatkę ziemniaczaną ali-oli, wino i manzanille zapłaciliśmy 12€. Jedzenie było dobre, ale niestety manzanilla okazała się nie tym, na co miałem nadzieję – zamiast cydru, na który liczyłem, dostałem coś bardziej przypominającego samogon. Jak później sprawdziłem, cydr po hiszpańsku to sidra. To już nie pierwszy raz, gdy to co zamówiłem odbiegało mocno od tego, co chciałem zamówić…

Za to reszta wieczoru, była dużo bardziej pasjonująca. Sevilla jest stolicą Andaluzji, a więc ojczyzny flamenco. Nie ma lepszego miejsca, aby poznać tą kulturę. Poszliśmy na pokaz flamenco do baru La Carbonería. Był on polecany na forach internetowych i w przewodnikach jako miejsce, gdzie można zobaczyć w miarę autentyczne flamenco. Bardzo trudno do niego trafić, ponieważ na zewnątrz nie ma żadnego szyldu. Wygląda to trochę jak nielegalna impreza, na którą trafić mają tylko wybrani, tak pewnie wyglądały nielegalne restauracje z alkoholem w czasach amerykańskiej prohibicji. Dobrze, że ludzie, których się pytałem wiedzieli, gdzie to jest. W środku wyposażenie, mówiąc oględnie, bardzo surowe. Przypominało mi raczej restauracje u schyłku epoki komunizmu w Polsce, niż popularny bar w jednym z najbardziej znanych miast w Europie. Ponieważ do pokazu, który miał zacząć się o 23. było jeszcze trochę czasu, usiedliśmy zaraz przy scenie i kupiliśmy po piwie. Szybko jednak zamieniliśmy piwo na bardzo dobrą sangrię.

Flamenco
Flamenco

Nie znam się niestety na flamenco i nie jestem w stanie właściwie ocenić poziomy pokazu. Wydaje się, że bardzo mocno odbiegał poziomem od tego, co później słuchałem na kupionych płytach. Pokaz był jednak bardzo interesujący, szczególne wrażenie robił śpiewak, który był jednocześnie liderem grupy. Taniec był nieco gorszy, tancerka była mocno przeciętnej urody, ale za to ubrana była tak, jak się od tancerek flamenco wymaga. Zresztą większość Hiszpanek, podobnie jak Włoszek, bardzo brzydko się starzeje. Młode są często bardzo śliczne, ale po ukończeniu jakiś 25 lat, coś się z nimi złego dzieje.

Gitarzysta sprawiał wrażenie bardzo początkującego. Ale to wszystko wyglądało bardzo autentycznie. A to było najważniejsze.

Jeden komentarz do “Sevilla”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *